Czary i zabobony w XVII-XVIII - wiecznym Fordonie
Dodane przez admin dnia Czerwiec 19 2009 10:54:48
Tytułowy przedział czasowy XVII i 1. połowy XVIII wieku to lata wzmożonej walki z czarownicami i licznych procesów o czary i kontakty z diabłem w ówczesnej Rzeczypospolitej. Proceder ten nie ominął również nadwiślańskiego Fordonu. Procesami czarownic w Fordonie zajął się w okresie międzywojennym Tadeusz Abdank Piotrowski. Artykuł jego jednak, z uwagi na wybuch II wojny światowej, pozostał w rękopisie i nie został opublikowany. Autor wykorzystał nie dostępną obecnie do badań księgę fordońskiego sądu z lat 1675-1747. W księdze zawarto 90 spraw, w tym 73 wpisy dotyczyły oskarżeń o uprawianie czarów, stosunki z diabłami, rzucanie uroków, zamawianie. Pomniejsze wzmianki o procesach czarownic w Fordonie możemy również odnaleźć w zachowanych aktach miejskich, czy też w pracy Karola Koraniego Beczka czarownic, który interesujące nas w tym przypadku informacje czerpał z wcześniejszego artykułu Richarda Bartholomäusa.
Według T. Piotrowskiego podejrzenie o czary w Fordonie mogła wywołać zupełnie, jakby się mogło wydawać, błaha okoliczność. Jako praktyki czarodziejskie wpisy sądowe wymieniają m.in. ciskanie kamieniami, tratowanie zboża (nawet nieumyślne) i rozrzucanie pościeli na której ktoś przedtem spał. Oskarżonym można było również zostać w przypadku, gdy jedna kobieta nazwała drugą czarownicą, a w niedługi czas potem dotknęło ją jakieś nieszczęście, czy też gdy w obecności oskarżonej wół wpadł do głębokiego dołu lub kiedy po rozmowie z domniemaną czarownicą ktoś złamał nogę lub się rozchorował. Miały to być wystarczające poszlaki na podstawie których budowano akt oskarżenia o tajemne konszachty z diabłem.
Sądzeniem czarownic zajmowały się od XVI wieku sądy miejskie. Tego typu procesy przeważały w mniejszych miastach Rzeczypospolitej, jak Fordon, aniżeli w dużych ośrodkach. Znacznie mniej znamy zachowanych relacji przykładowo z Bydgoszczy. Podobnie było w całej Wielkopolsce, gdzie na polu „walki z diabłem” przodowały małe miasteczka. Do XVI wieku procesy o czary odbywały się przed sądami biskupimi i sporadycznie tylko kończyły się wyrokami śmierci. Dopiero rozpowszechnienie się sądów na modłę niemiecką, w trakcie których za pomocą tortur wymuszono na oskarżonych przyznanie się do kontaktów z diabłem, spowodowało iż również na terenie Rzeczypospolitej zaczęły płonąć odtąd liczne stosy z domniemanymi wspólniczkami szatana.
W światopoglądzie kultury ludowej ówczesnych czasów istniały dwa rodzaje magii: czarna i biała. Czarną magią, której celem miało być szkodzenie ludziom, parały się złe czarownice pozostające w spółce z diabłem. Druga, którą parała się większość znachorek i znachorów miała ustrzec ludzi i ich gospodarstwa przed działaniem złych mocy, zapewnić pomyślność i zdrowie. W praktyce znachorskiej obydwa jednak rodzaje magii zapewne wzajemnie się przenikały. Stąd już był tylko krok od wniesienia oskarżenia o czary, które najczęściej wynikało z ludzkiej zawiści i zwyczajnej zazdrości.
W przypadku Fordonu oskarżeni o czary pochodzili ze stanu chłopskiego lub uboższej warstwy mieszkańców. Największa ich część to jak zauważył T. Piotrowski czeladź robotnicza, a wśród niej zwraca szczególnie duża liczba kucharek i ogrodniczek. Oskarżono i stracono z tego tytułu w Fordonie zaledwie trzech mężczyzn (byli to jednak Cyganie). Stroną oskarżającą najczęściej byli sąsiedzi. Sąd z własnej inicjatywy nie wszczynał tego typu spraw. Sąd fordoński nie dochodził, jak i na jakiej podstawie oskarżyciele i świadkowie uzyskali przeświadczenie o czarodziejskich praktykach obwinionej. Badał jedynie istotę doznań osobistych „pokrzywdzonych”, a nie przedmiotowego przypadku. Sędziowie zrzucali jednocześnie całą odpowiedzialność na sumienia świadków i oskarżycieli, zarówno za rzeczywiste twierdzenia, jak i za sądy o czynach oskarżonych. Jak dalece były to absurdalne oskarżenia może świadczyć kilka poniższych przykładów. Oskarżono kobietę ze wsi Niemcz, o to iż nauczyła swą 8. letnią córkę „która z nudów przy pilnowaniu gęsi w polu spała i ptactwo pogubiła, robić z liści dębu coś na kształt myszy, czyli zabawki dziecięce”. Sąd stwierdził, że była to diabelska sztuczka. Innym razem, gdy gromada okolicznych włościan piła piwo w gościńcu i nie kulturalnie się zachowywała, powiedział gospodarz „pijecie jak bydło”. Jednej z pijących kobiet wpadło coś do gardła, a gospodynię posądzono o czary, wytoczono proces i spalono na stosie.
Niebezpiecznie również było mieć w rodzinie osobę wcześniej oskarżoną o czary lub pochodzić z miejscowości w których dochodziło do straceń. Za gniazda czarownic uważano Niemcz, Jastrzębie i Żołędowo. Najgroźniejszym jednak oskarżeniem było pomówienie o spotkania z diabłem na „Łysej Górze”. Czarownice miały tam się udawać, jak powszechnie mniemano drogą powietrzną. Miejsce to często utożsamiano z Osową Górą lub Zamczyskiem. Do sabatów miało również dochodzić w domach poszczególnych czarownic. Czarownice czyli „cioty” miały się tam udawać przy pomocy swego osobistego złego ducha „pokuśnika”, który je powietrzem przenosił. Były także i inne sposoby: na miotle, na gałęzi, na zdechłym koniu, zdechłej krowie lub wystarczyło posmarować się „czarną maścią” pod pachami, aby móc wyfrunąć kominem na Łysą Górę. Na zebrania czarownic przychodził czasem „straszny przeklętnik Niemiec” lub też pięknie odziane diabły w niemieckich strojach, które wiedźmom dawały dobre jedzenie. Potrawy te przyniesione do domu zamieniały się jednak w popiół, a pieniądze w koński nawóz.
Proces o czary rozpoczynano od odczytania aktu oskarżenia i wysłuchania świadków. Następnie przystępowano do zasadniczej czynności ówczesnej procedury sądowej-tortur. Tortury miały na celu wymusić „szczere” przyznanie się do winy i ustalenie wspólniczek oskarżonej czarownicy. Pod wpływem tortur oskarżona często wymieniała sugerowane jej imię wspólniczki lub w akcie zemsty któreś z nie lubianych sąsiadek. Nazywało się to „powołaniem”, w następstwie którego można było wszcząć proces nowej domniemanej czarownicy. Zwyczajowo stosowano 3. krotne, a wyjątkowo jak to odnotowały akta fordońskie 4. krotne tortury w przypadku winowajczyni gdy „dla krnąbrności nie chcą wyznać swych zbrodni” lub też aby ich nie uniewinniono, aby większych grzechów się nie dopuściły i szkody czynić nie mogły. Podstawowa zbrodnia czarów polegała na kontaktach z diabłem. Powstałe z tego powodu szkody dla otoczenia, traktowano jako występki drugorzędne. W aktach nie odnotowano jak i czym torturowano. Można przypuszczać, że stosowano próbę wody, trzymania w beczce, wyciągania i zgniatania stawów itp. Przed i w trakcie tortur oskarżonym zadawano ogólne lub bardziej szczegółowe pytania, mające na celu zdemaskowanie szatańskiej spółki. Czasem z litości sąd zarządzał pomiędzy jedną a drugą torturą dłuższą przerwę. Dwie oskarżone w trakcie badania przez fordoński sąd zmarły. Czasami, jak to miało miejsce w przypadku torturowania oskarżonej o czary Małgorzaty, komornicy z Żołędowa, siedział przy badanej diabeł, który szeptał do niej „nie bój się”. Zdarzało się, że wyrażał on w takim przypadku radość, jak stwierdzono we wpisie sądu fordońskiego, pukaniem, dając w ten sposób wyraz swemu zadowoleniu, że udało mu się wprowadzić w błąd sędziów, zmuszając oskarżoną do milczenia. Podobnie było w przypadku Marianny z Fordonu badanej w 1700 roku. Dopiero na drugich torturach, jak diabeł ją opuścił, z głośnym jak podaje zapis, łoskotem, zeznała wszystko. W innej sprawie z 1684 roku, jest wzmianka o tym jak diabeł siedział na plecach oskarżonej w trakcie tortury i cierpiał za nią, a potem uciekł do beczki, która wielce przybrała na wadze. W kolejnej sprawie odnotowano, że diabeł siedział w prawej nodze oskarżonej, a gdy na torturach „nic a nic wyznała” cieszył się z tego, a radość objawiał głośnym pukaniem.
W aktach sądu fordońskiego odnotowano także wyznania oskarżonych co do sposobu rozpoznawania przez nie diabła. Czarownice poznawały diabła po tym, że „jak Pan chodzi”, kazał się tytułować waszmością, a do czarownicy zwracał się Pani. Same nazywały go Knut, Jakubek, Holender i Niemiec. W innych zeznaniach badanych „ciot” diabeł występuje pod nazwą Urban. Miał się on ubierać na modłę polską i nosić „kapelusz wiśniowy”, oraz „biedny Jaś”, który miał zamiast nóg końskie kopyta. Najczęściej jednak fordońskie czarownice nazywały diabła Rokitą lub Rokitką i tylko doświadczone wiedźmy miały tego rodzaju znajomości, gdy młodsze musiały terminować u „mistrzyni” by posiąść jej tajemną wiedzę.
Ogółem na 73 znane z Fordonu procesy o czary 54 zakończyły się spaleniem na stosie. Dwa razy sąd „ułaskawił” skazane na ścięcie mieczem i spalenie zwłok. Kilka oskarżonych o czary kobiet skazano na banicję lub publiczne plagi u miejskiego pręgierza. Tylko w jednym przypadku sąd odrzucił wniosek oskarżyciela o tortury, gdyż uznał oskarżoną za osobę stateczną.
Innym przejawem zabobonów wśród społeczności nowożytnego Fordonu mogą być odkryte w trakcie badań archeologicznych w 2007 roku pochówki szkieletowe na przykościelnym cmentarzu parafii p.w. św. Mikołaja, zlokalizowanym częściowo pod obecną nawierzchnią fordońskiego Rynku i ulicy Cechowej. Pierwsza wzmianka o tym cmentarzu pochodzi z 1555 roku. Chowano na nim zmarłych mieszczan i zapewne mieszkańców najbliższych okolic przypuszczalnie do przełomu lat 70. i 80. XVIII wieku. W czasie swego funkcjonowania przykościelny cmentarz, jak świadczą o tym wzmianki źródłowe, był lub też nie, ogrodzony drewnianym płotem. Znajdowała się na nim również drewniana, a później murowana kostnica i figura św. Jana Nepomucena. Stacjonowanie wojsk rosyjskich przyczyniło się zapewne do zrujnowania cmentarza. Stąd też w starych aktach odnajdujemy zapis z 1761 roku o legowaniu na poprawę cmentarza kar sądowych przez księdza Karola Bente kanonika fordońskiego i Administratora Starostwa i Wójtostwa Bydgoskiego. Był to przypuszczalnie jeden z ostatnich aktów odnawiania starego cmentarza. Po zajęciu miasta przez Prusaków w 1772 roku i wprowadzeniu nowych przepisów sanitarnych w niedługim czasie zlikwidowano przykościelny cmentarz, otwierając nowy, istniejący do dziś przy ulicy Cechowej.
Modernizacja ulic fordońskiej starówki w 2007 roku i związanej z tym budowy kanalizacji deszczowej, spowodowała konieczność przeprowadzenia ratowniczych badań archeologicznych w obrębie starego przykościelnego cmentarza. W trakcie prac archeologicznych zadokumentowano przeszło 70 szkieletów, odnotowując jednocześnie obecność kilkunastu dalszych nie kolidujących jednak z inwestycją. W badanej części cmentarza zmarłych chowano w XVII-XVIII wieku przeważnie bez trumien i jakiegokolwiek wyposażenia, z głowami zwróconymi na zachód. Dla tytułowych czarów i zabobonów szczególne znaczenie mają odkryte szkielety nr 1, 33, 51.


Zmarłych tych pochowano z zastosowaniem specjalnych zabiegów. Czaszki ich obstawiono pionowo wbitymi dachówkami, dodatkowo kładąc kolejne na twarzy i pod podbródkiem. Celu tego magicznego zabiegu możemy się jedynie domyślać. Zbliżone w formie wyrazu pochówki odkryto na dawnym cmentarzu kościoła św. Idziego w Bydgoszczy i Mogilnie. Tam jednak wokół głowy położono cegły, nie zakrywając zmarłym twarzy. W Bydgoszczy stwierdzono dodatkowo fakt umiejscowienia na kolanie zmarłego psiego zęba, a w Mogilnie odcinanie głów. Czasowo odkrytym szkieletom w Fordonie odpowiadają pochówki bydgoskie, datowane na XVII-XVIII wiek. Z dużą dozą prawdopodobieństwa zaobserwowane w Fordonie zabiegi magiczne wiązać można z ludowymi wierzeniami w wilkołaki lub traktować je jako groby osobników z nieznanych nam powodów wykluczonych z lokalnej społeczności.
Już ówczesna literatura teologiczna próbowała powiązać przedchrześcijańskie wierzenia w strzygonie-wilkołaki z chrześcijańskimi wierzeniami w diabły i ich wspólniczki – czarownice. W wierzeniach ludowych strzygoń co pewien czas opuszczał swój grób. Kręcił się wówczas wokół swego domostwa, wysysając krew z ludzi lub żywego inwentarza. Zabezpieczaniem się przed jego powrotem mogło być, ale nie musiało, obłożenie napiętnowanemu społecznie w ten sposób osobnikowi, czaszki dachówkami, i symboliczne zamknięcie w ten sposób możliwości powrotu do świata żywych. W wierzeniach ludowych znane są różne sposoby zabezpieczania się przed wilkołakami. Jednym z nich było przebicie czaszki lub piersi nieboszczyka drewnianym lub żelaznym kołkiem. W średniowieczu ucinano głowę, wkładano ją między nogi lub chowano zmarłego twarzą do dołu.
Zaobserwowane zabiegi obrzędowe na fordońskim cmentarzu mają tym wymowniejsze znaczenie, iż w przybliżonym czasie złożenia do grobów w tak specyficzny sposób „wyróżnionych” zmarłych, miał miejsce w tym miasteczku średnio jeden proces o czary rocznie, kończący się przeważnie publicznym spaleniem czarownicy na stosie. Rozwiązanie znaczenia tak obdarowanych pośmiertnie osobników jest wyłącznie hipotezą, nie wiążącą dla wysnuwania daleko idących wniosków.

oprac. Wojciech Siwiak